
Niebo nad miastem przypominało szkło – chłodne, kruche, gotowe pęknąć pod ciężarem zmierzchu. Przechodził ulicą, nieśpiesznie, jakby każde jego kroki były zapisane w jakimś starym, eleganckim rękopisie. Miał na sobie ciemny garnitur, niedopięty kołnierzyk i spojrzenie, które nie prosiło o uwagę – ono ją wymuszało.
Zatrzymał się. Naprzeciw niej.
Nie wypowiedział ani jednego słowa, a jednak powiedział wszystko. Oczy miał uważne, jakby czytał między wersami jej oddechu. Była ubrana zbyt skromnie, by pasować do jego fantazji, ale dokładnie tak, jak lubił – zostawiała pole wyobraźni, które aż chciało się zapełnić.
Spojrzał tak, że oddech jej zadrżał – nie w piersi, tylko niżej. Tam, gdzie myśli przestają być przyzwoite, a zaczynają być prawdziwe.
Zrobiła krok. Potem jeszcze jeden.
Nie cofnął się. Nie pochylił. Tylko lekko uniósł kącik ust, jakby właśnie rozbierał ją z myśli.
A ona… nie protestowała.
Bo nie potrzeba słów, gdy dłoń jeszcze nie dotknęła, ale skóra już pamięta.
cd. nastąpi…
– lyric
Przyjaciele
Cisza potrafi być bardziej intymna niż słowa.
W tym epizodzie nie chodziło o dotyk, a o napięcie – to, co dzieje się pomiędzy spojrzeniem a zawieszeniem oddechu.
To opowieść o mężczyźnie, który nie musi mówić, by uwodzić, i o kobiecie, która pozwala się rozbierać oczami.
Bez pośpiechu. Bez obietnic.
Tylko chwilą, która pali dłużej niż noc.
Bo czasem największa bliskość zaczyna się tam, gdzie kończy się rozmowa.