
Na dnie jej szeptu – ciemność jak atłas,
kusiła dźwiękiem, co wbijał się w czas.
Nie była studnią, lecz ciałem bez dna,
gdy nocą wołała: wejdź… jeszcze raz.
Głos z głębi – drżał jak smyczek po nerwach,
w nim wilgoć, wichry i ślina rozterka.
Kiedy się schylałem – świt gasł w źrenicach,
a echo jęczało: dotknij… mnie znicza.
Oparłem dłonie o kamień – jak uda,
rozchylał granit, jakby chciał się udać
ze mną na dno. Wypuszczał dreszcze,
jakby językiem szeptała jeszcze…
Odgłos – nie lęk, lecz rytm bioder i tętna,
coś między westchnieniem, a krzykiem przeklęta.
Była studnią, co nigdy nie chciała wody –
lecz żeby w nią wchodzić… wciąż w tej samej roli.
A kto raz usłyszy jej śmiech pod skórą –
ten wraca – z rozbitą głową i piórem.
I pisze po ścianach językiem bez słów –
bo echo pożądania nie zna już snu.
PS: Dla kobiet, które potrafią sprawić, że nawet cisza staje się erotyczna.
lyric
Przyjaciele
Czasem pożądanie nie krzyczy – tylko szepcze spod ziemi. Nie domaga się gestów, lecz milczenia. Nie błyszczy – tylko cieknie powoli jak woda po starym kamieniu. Mrok w studni to nie tylko erotyczna metafora – to przypomnienie, że najgłębsze pragnienia rzadko są widoczne na powierzchni. One szemrzą w nas… cicho, upiornie zmysłowo, aż tracimy rozum – nie z szaleństwa, lecz z ciszy, która pachnie jej skórą.