
Samotności, jak mi zimno w Twoich dłoniach,
choć nie ściskasz, a trzymasz – niepokojach.
Jakbyś była wiatrem, co pod kurtkę wchodzi,
i udaje troskę, a drży, gdy wychodzi.
Milczysz ze mną, lecz tak głośno w tej ciszy –
każde echo boli bardziej niżbyś krzyczy.
I nie mogę się ogrzać – choć płonę snem,
każdy koc wspomnieniem, każdy szept to cień.
Chciałem Cię oswoić, nazwać po imieniu,
przyzwyczaić do herbaty w moim cieniu,
lecz Ty jesteś dzika – i nie chcesz być moja,
pachniesz deszczem, kurzem, kurzem po pokoja.
I wciąż siedzisz blisko, z ręką na ramieniu,
mróz w oczach chowając pod spojrzeń welwetu,
a ja tylko drżę… i w tym drżeniu ginę,
jak człowiek bez światła – przy gasnącej świecy.
lyric