
Nie wiem, kiedy zamknąłem oczy —
ty byłaś tam. Cień przy twarzy.
Pachniałaś snem, co nigdy nie wchodzi
w dzień, nie znika. Nic nie waży.
Szłaś boso po miękkim zapomnieniu,
szeptem tkałaś wilgotne ściany.
Każdy dotyk był jak w objawieniu —
nie realny. Zbyt pijany.
W tym labiryncie bez wyjścia i woli
ukryłaś usta tuż przy moim karku.
Było ciemno. I bolało powoli.
I chciałem zostać w tym śladzie bez znaku.
Bo tu nie budzi nikt… i nie trzeba.
Twoja skóra — ostatnia modlitwa do nieba.
lyric
Dotyk z którego nie można się wybudzić
Ten wiersz to wejście w przestrzeń graniczną – między snem a pragnieniem, między zmysłem a utratą kontroli nad rzeczywistością. Erotyzm miesza się tu z lękiem przed zatraceniem. Postać kobiety nie jest już tylko ciałem – staje się snem samym w sobie, wcieleniem tęsknoty tak intensywnej, że nie sposób się z niej wybudzić.
To poezja o zniewoleniu słodkim, dobrowolnym. Mężczyzna nie walczy z iluzją – przeciwnie, pragnie w niej trwać, jakby prawdziwy świat nie miał już żadnej siły przebicia. Każdy wers spowija czytelnika jak mgła, a wers końcowy — „Twoja skóra — ostatnia modlitwa do nieba” — to modlitwa do zmysłów, które zastępują wiarę, rzeczywistość, sen i śmierć.
To także opowieść o tym, jak pożądanie może stać się przestrzenią zamknięcia. Labirynt snu nie ma wyjścia, bo nie chce się z niego wychodzić. To piękna pułapka – zbudowana z cieni, szeptów i niewypowiedzianych pragnień. I może właśnie dlatego jest tak niepokojąco piękna.