
Florentino Ariza… Czekał ponad pół wieku na kobietę, która raz odwróciła się od niego. I choć w tym czasie przeżywał inne związki, spotykał inne ciała, serce miał wciąż tam, gdzie zostawiła je Fermina Daza.
Ta opowieść nie jest romantyczna w hollywoodzkim sensie. Nie ma w niej cukru, są za to rany. Miłość tu dojrzewa razem z bohaterem – przechodzi przez obsesję, samotność, cielesność, zawód. Ale nie umiera. Nie traci się – nawet po latach, nawet gdy ciało się zmienia, a życie układa się zupełnie inaczej.
Zrozumiałem wtedy, że są uczucia, których się nie zapomina. Nawet jeśli próbujemy je pogrzebać pod warstwą lat, przypadkowych relacji, pracy, obowiązków – one i tak wracają. W snach. W piosenkach. W zapachu, który nagle przypomina skórę kogoś, kogo już dawno nie ma.
„Miłość staje się większa i szlachetniejsza w katastrofie, niż kiedy jest szczęśliwa.”
Filmowa adaptacja z 2007 roku – choć piękna wizualnie – nie dotknęła mnie tak głęboko. Zabrakło tam tej intymności, która sączy się z każdej strony książki. Zabrakło duszności i tej nieprzyzwoitej bliskości myśli bohatera, których jako mężczyzna aż za dobrze rozumiem.
Ćwiczenie dla Ciebie:
Pomyśl – czy miałeś kiedyś uczucie, które przetrwało próbę czasu? Czy jest ktoś, o kim nie potrafisz zapomnieć, mimo lat i innych historii?
„Był gotów zaczekać następne pięćdziesiąt lat, jeśli trzeba, aż ona pozwoli mu znów wejść w jej życie. Czekałby, aż będą starcami na tej samej łodzi.”
A Ty? Czekałbyś? Czy wciąż nosisz w sobie miłość, której nie zdążyłeś wypowiedzieć?