Cień zarazy – refleksja nad „Dziennikiem roku zarazy” Daniela Defoe

Jest coś niepokojącego w książkach, które mimo upływu stuleci brzmią, jakby były napisane wczoraj. „Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe to jedno z tych dzieł, które w obliczu niedawnych wydarzeń zyskało nową, niemal proroczą moc. Opowieść o londyńskiej epidemii dżumy z 1665 roku staje się nie tylko kroniką tamtych czasów, ale i lustrem odbijającym nasze współczesne lęki, samotność i nadzieję.

Strach, który nie zna epoki

Defoe, choć pisał swoją książkę wiele lat po wybuchu zarazy, stworzył dzieło, które przypomina niemal dziennik naocznego świadka. Jego opowieść pełna jest detali – list zamkniętych domów, surowe przepisy kwarantanny, porzucone ulice, przepełnione masowe groby. Czy to brzmi znajomo? Tak, bo ludzki strach przed niewidzialnym zagrożeniem się nie zmienia.

Pisarz ukazuje, jak epidemia obnaża zarówno najlepsze, jak i najgorsze cechy człowieka. Są tu ci, którzy pomagają chorym i ci, którzy uciekają, zapominając o wszystkim poza własnym bezpieczeństwem. Są ci, którzy wierzą w naukę, i ci, którzy szukają ratunku w zabobonach. Możemy odnaleźć tu własne niepokoje, decyzje i emocje – choćby te sprzed kilku lat, gdy nagle świat zatrzymał się w miejscu.

Samotność w tłumie

Jest w tej książce coś jeszcze – obraz głębokiej izolacji. Bohaterowie Defoe są od siebie oddzieleni murami domów, ale przede wszystkim strachem, który sprawia, że nie ufają sobie nawzajem. To niemal apokaliptyczna wizja miasta, w którym ludzie zaczynają być dla siebie zagrożeniem.

Pomyślmy, ile razy podczas pandemii XXI wieku unikaliśmy kontaktu, przemykaliśmy przez puste ulice, wstrzymywaliśmy oddech, mijając kogoś na chodniku. Defoe pisał o Londynie XVII wieku, ale mógłby opowiadać o naszych własnych doświadczeniach sprzed zaledwie kilku lat.

Historia, która zatacza koło

„Dziennik roku zarazy” przypomina nam o czymś, co często wypieramy – że historia jest cykliczna. Wydaje się, że nauczyliśmy się kontrolować rzeczywistość, ale wystarczy jeden wirus, by runął fundament naszej codzienności.

Defoe nie daje jednoznacznych odpowiedzi, nie moralizuje, nie ocenia – po prostu opisuje. A to, co najcenniejsze w jego książce, to możliwość spojrzenia na siebie w tym starym, ale wciąż aktualnym lustrze.

„Historia się nie powtarza, ale rymuje” – powiedział Mark Twain.

I może właśnie dlatego tak ważne jest, by nie zapomnieć. Bo jeśli czegoś nauczył nas ten „dziennik”, to tego, że strach mija, ale pamięć – powinna zostać.

A Ty? Czytając tę książkę, miałeś wrażenie, że to opowieść o nas?

By:


Dodaj komentarz